sobota, 16 czerwca 2018

O trzech książkach, które oceniłabym teraz inaczej

I to nie koniecznie wyżej, choć i taka jedna się znalazła. Oczywiście nie sugerujcie się zbyt mocno tym co tu napisze, bo są przecież gusta i guściki. To co mi się nie podobało może wam się akurat spodobać i tak samo działa to w drugą stronę. 
Odnośnie takich książek - nie mam ich zbyt, bo raczej jestem zdecydowana co do oceny końcowej i rzadko kiedy ulega ona u mnie zmianie, więc wymieniłam tutaj tylko trzy pozycje. Tyle słowem wstępu. Zapraszam do czytania :)


Szklany miecz
Victoria Aveyard
Jak oceniłam wcześniej: 6/10
Jak oceniłabym teraz: 4/10
Doprawdy się sobie dziwię, że dałam tej książce ocenę dobra, bo to jest jak danie Oscara filmowemu gniotowi. Nie bardzo pamiętam co już się tam działo, w końcu czytałam to ponad dwa lata temu. Ale pamiętam jedno - strasznie irytującą główną bohaterkę. Myślę, że to ona ostatecznie wpłynęła na to że zdecydowałam się ocenić tą książkę niżej niż wcześniej. Nie wspominając o nudnej, ciągnącej się fabule, która mogła być przecież dobrze rozpisana. A szkoda bo pierwszy tom bardzo mi się podobał, a sama historia miała potencjał by stać się czymś dobrym. Miałam zamiar jednak przeczytać kolejny tom, jednak skutecznie zniechęciło mnie do niego kilka recenzji.




Historia pszczół
Maja Lunde
Jak oceniłam wcześniej: 6,5/10
Jak oceniłabym teraz: 8/10
Przyznam, że ta książka na początku nie wywarła na mnie wrażenie. Jasne, podejmuje bardzo ważny temat - w końcu ludzie nie poradziliby sobie bez pszczół czy innych owadów zapylających. Ale była dla mnie zbyt... nudnawa. Po kilku miesiącach stwierdziłam jednak, że jest to dobra książka na maturę ponieważ ma dość sporo motywów, które można wykorzystać i przeczytałam ją jeszcze raz. I wiecie co? Dopiero wtedy stwierdziłam, że rzeczywiście jest to książka z którą warto się zapoznać i która niejako wpływa na czytelnika. No i muszę przyznać, że dzięki niej zaczęłam też bardziej zwracać uwagę na te wszystkie owady, na to jak bardzo są dla nas ważne.


Promyczek
Kim Holden
Jak oceniłam wcześniej: 6/10
Jak oceniłabym teraz: 5/10
Niewiele niżej niż wcześniej, ale jednak. Osobiście nie mogę odnaleźć praktycznie niczego z tych rzeczy, które podobały się innym czytelnikom (a z tego co widziałam bardzo wiele osób zachwyca się tą książką).  Jedyne co ma dobre to bohaterowie, choć i oni są zbyt... nienaturalni (a wcześniej uważałam, że są). Jakoś nie chce mi się wierzyć, że ktoś może mieć w życiu tyle tragedii co główna bohaterka i jeszcze dodatkowo iść przez życie z uśmiechem na ustach a przy okazji być jeszcze bohaterem idealnym (mam tu na myśli Kate, główną bohaterkę która jest i mądra, i zaradna i w ogóle chyba nie ma wad). Sama historia była dla mnie zaś bardzo wtórna - temat poruszany w
książce jest dość popularny - oraz przewidywalna.

I tak to się wszystko prezentuje. Przynajmniej w domniemaniu, bo możliwe że znalazłabym też kilka innych. Chciałam jednak wspomnieć tylko o tych książkach w których rzeczywiście znalazło się kilka rzeczy, które sprawiły że moja wcześniejsza opinia na ich temat uległa zmianie. A może u was też się znalazły takie książki?
Pozdrawiam i do napisania :)

poniedziałek, 11 czerwca 2018

Apollo i boskie próby: Labirynt Ognia

Tak dla ostrzeżenia: w opisie jak i w recenzji mogą pojawić się spoilery z poprzednich tomów jak i z tego. Starałam się ich unikać, ale jeśli by się jakieś pojawią to wiecie... Nie narzekajcie, że nie ostrzegałam ;P

***

 Z pomocą przyjaciół Lester zdołał przetrwać dwie próby: pierwszą w Obozie Herosów i drugą w Indianapolis, gdzie Meg otrzymała Mroczną Przepowiednię.
Słowa, które wypowiedziała siedząc na Tronie Pamięci, ujawniły, że złowrogi triumwirat rzymskich cesarzy planuje atak na Obóz Jupiter. Podczas gdy Leo leci na Festusie, aby ostrzec rzymski obóz, Lester i Meg muszą przedostać się przez Labirynt, by odnaleźć trzeciego cesarza - oraz Wyrocznię, która mówi zagadkami - gdzieś na południowym zachodzie Ameryki. W tej ponurej przepowiedni jest iskra nadziei: "Kopyta przewodnikiem będą w drogi trudach" - bohaterom będzie towarzyszył satyr, a Meg wie, do kogo zwrócić się o pomoc...

Aż ciężko mi uwierzyć, że już za mną trzeci tom tej serii. Niby tak nie dawno czytałam pierwszy, a tu już minęły dwa lata od tego momentu. Nie żebym żałowała bo od kąt ukazał się pierwszy tom, kolejne są najbardziej oczekiwanymi przeze mnie książkami. Z tą było podobnie. Niestety miałam pewne problemy z jej zdobyciem przez co musiałam odbyć "mały" spacerek po mieście aby ją zdobyć, ale w końcu się udało. Mimo to trochę się tym zirytowałam - kurczę, jak jest napisane że coś wychodzi tego konkretnego dnia to niech wychodzi tego konkretnego dnia. Irytację zaistniałą sytuacją przynajmniej wynagrodziła mi ta książka, którą oczywiście jak większość książek Riordana trafiła w mój gust.

Jestem zdecydowana stwierdzić, że na ten moment jest to dla mnie najlepsza część prób Apolla. W porównaniu do poprzednich części jest też zdecydowanie mroczniejsza, choć nie spodziewajcie się tu nie wiadomo czego, bądź co bądź to nadal książki dla młodszych czytelników - trochę szkoda. Znajdziecie tu też typowy dla Riordana humor i wartką akcję jaka występowała w innych jego książkach. Miałam jednak wrażenie, że są jednak one jakby trochę stonowane, zwłaszcza na końcu książki. Oczywiście nadal on (humor) występuje, lecz dla mnie było go jakoś mniej w porównaniu do poprzednich tomów. Ale czemu ja się dziwię? Po tym co się wydarzyło...

Zanim jednak przejdę do ów wydarzenia, opowiem nieco o fabule i bohaterach. Oczywiście dzieje się tu dużo, to jest akurat standard u Riordana. Ale co tu się dzieje to już inna bajka. Przeczytałam gdzieś, że tom 3 zawsze jest takim punktem zwrotnym. Co prawda to nie brzmiało tak jak tu napisałam, ale może się domyślicie o co mi chodzi. To w sumie się zgadza z tym jak potoczyła się fabuła w Labiryncie Ognia. A niestety zdarzyła się tu pewna...rzecz, której totalnie się nie spodziewałam. No dobra, przeczytałam trochę spoilerów, ale w nie nie uwierzyłam no bo Riordan tego nie robi. Aż nadszedł ten moment kiedy przeczytałam książkę i już wiem, że jednak to zrobił.

Dowiadujemy się  także więcej o przeszłości bohaterów. Bardzo mi się podobała scena gdzie Apollo/ Lester decyduje się poświęcić dla reszty, co pokazuje jak się zmienił przez te trzy tomy. Choć mimo tego jaki staje się opiekuńczy wobec innych bohaterów, jak o nich dba czy się martwi to nadal jest Apollo, który częściej myśli raczej o sobie i marzy aby powrócić z powrotem na Olimp. Muszę jednak przyznać, że jego troska i odzywające się sumienie sprawiają, że jest on dla mnie ujmujący i bardziej go lubię. Dla osób, które liczą na to, że pojawią się bohaterowie z poprzednich książek Ricka Riordana - owszem pojawiają się. Nie napiszę jednak kto choć z drugiej strony w opisie z tyłu książki są oni wymienieni. No i uwielbiam cesarza z tej części - jak dla mnie był najlepszym badassem z całej trójki. Co prawda jak dla mnie było go dość mało, ale z drugiej strony po tym co się przez niego stało... Może to dobrze, że miał okrojoną rolę. Pewnie to szykowanie podłoża pod to co ma nadejść.

O co chodzi z tym wydarzeniem w książce w które nie chciałam uwierzyć? Cóż... Pewnie słyszeliście o tym, że książki tego autora mają miano bezpiecznych serii, gdzie nikt z ważniejszych bohaterów nie umiera...Mogę się z tym zgodzić. Albo raczej mogłam, bo wujek chyba postanowił zagrać fanom na nosie i uśmiercić jednego z dobrze znanych nam bohaterów. Oczywiście nie zdradzę kim jest ten nieszczęśnik - o tym musicie się przekonać sami :) . Jednak tak jak wspominałam wcześniej w ogóle nie uwierzyłam w jego śmierć. Myślałam, że to jakiś żart albo ktoś umieszcza nie prawdziwe informacje (i po co ci było czytanie tego tumblra?). Najlepsze i tak jest to, że ta postać była mi totalnie obojętna- jak zginie to zginie, jak nie to dobrze dla niej. Ale po jej śmierci autentycznie zrobiło mi się smutno.


Na podsumowanie chyba zabrakło mi słów. 
Generalnie jednak polecam tą książkę (w sumie tak jak każdą tego autora). Jeżeli podobała wam się jego wcześniejsza twórczość to myślę, że Labirynt Ognia przypadnie wam do gustu. Tak jak i inne książki tego autora jest zabawny, wciągający i pełen akcji - nie znajdziecie czasu na nudę i miło spędzicie czas czytając tą historię. A jeśli jeszcze nic nie czytaliście z dorobku tego pisarza to koniecznie szybko to nadróbcie - warto. 

9/10

piątek, 1 czerwca 2018

Ulubieńcy miesiąca: Kwiecień & Maj

źródło
Wyjątkowo tym razem podsumowanie dwóch miesięcy, a nie jak to było zwykle jednego. Następne podsumowanie będzie jednak znów pojedyncze, bo w sumie dziwnie mi się tak zestawia dwa miesiące. Podczas nich nie robiłam zbyt wiele, mało co oglądałam i czytałam choć udało mi się w kwietniu przejść do kina i na Targi książki w moim mieście. Skończyłam też szkołę, miałam matury - i bardzo się cieszę, że to już koniec. Choć trochę mi tak dziwnie, że już nie muszę jeździć do szkoły. Ale to pewnie minie.

***
1. Muzyka
Po raz pierwszy w życiu nieco zainteresowałam się Eurowizją. Ale to w sumie tylko dlatego, że podobały mi się raptem dwie albo trzy piosenki. Przesłuchałam je i tyle. Poza tym wróciłam do piosenek wykonawców, których kiedyś tam słuchałam, ale zapomniałam. Dla poprawy humoru przed maturami słuchałam też Ballady o maturze.
  


Znalezione obrazy dla zapytania avengers wojna bez granic helios Znalezione obrazy dla zapytania czarna pantera helios
2. Filmy
Jak wspominałam udało mi się wybrać do kina na film Avengers: Infinity War. Co prawda zaspoilerowałam sobie kto zginie a kto nie, bo bym chyba nie wytrzymała w kinie. Mimo tego jednak i tak przeżywałam to co widziałam. A sam film obejrzałam już z cztery razy, więc no... Trzeba jakoś czekać na kolejny. Obejrzałam także całe anime Charlotte (jakoś dzień przed ustnym angielskim), które było całkiem fajne oraz Czarną Panterę i Thora: Ragnarok. I w sumie to tyle. Reszty nie pamiętam. 
 
3. Książki
Z racji braku czasu przeczytałam ich bardzo mało, ale za to były to książki, które trafiły w mój gust. Tylko jedna mi się nie bardzo spodobała. W kwietniu przeczytałam całą jedną książkę i jeden komiks. W maju sprawa wyglądała nieco lepiej, bo w niecałe dwa tygodnie udało mi się przeczytać 3 książki. Myślę, że trzy książki w dwa tygodnie to całkiem niezły wynik. 

                                                      Przeczytane w kwietniu:                                                     
Player One (E. Cline) - RECENZJA
Ms. Marvel (G. Wilson, A. Alphona) 

Przeczytane w maju:
Zakazane życzenie (J. Khoury) - RECENZJA
Piąta pora roku (N. K. Jemisin)
Pieśń Jutra (S. Shannon 

***
I tak prezentują się minione dwa miesiące. Myślę, że mimo małej ilości wolnego czasu wypadły całkiem nieźle. A jak wam minął ostatni miesiąc? 
Pozdrawiam i do napisania!

piątek, 25 maja 2018

Maturalnie...

Znalezione obrazy dla zapytania matura demotywatory
Źródło wiadome :) Demotywatory

Czy też raczej po...
Chyba trzeba szykować trumnę...

***

Pierwszego dnia kiedy jechałam na maturę nie mogłam uwierzyć, że to już dzisiaj. A później się wystraszyłam, że pomyliłam dni, bo nikogo znajomego nie widziałam w autobusie (mimo, że sprawdzałam po kilkanaście razy godzinę i dzień, ale coś takiego jest u mnie typowe, więc już do tego nie wracajmy). No, ale nic szczęśliwie dotarłam i zaczęłam ten cholerny maraton egzaminów.

I tak bardzo się cieszę, że jest już on za mną. Choć kto tam wie jakie wyniki będą i czy nie zechcę czegoś poprawiać. Z perspektywy czasu wiem już też dlaczego tak wiele osób mówi, że "matura to bzdura". Po tym co w tym roku zostało zafundowane na maturze... Mówią miny niektórych osób, które widziałam. Czyste szczęście :)

Otwarcie się przyznam, że przez większość roku szkolnego się nie uczyłam. Niby coś tam powtarzałam do biologii (co na nic się zdało, poza głowonogami) i robiłam jakieś stare matury z matematyki (co chyba pomogło...trochę), ale poza tym... Nic. Zero siedzenia w książkach.  Dopiero w połowie kwietnia zaczęłam coś tam powtarzać już tak na serio. Dobrze, że dzień przed polskim przeczytałam kilka razy szczegółowe streszczenie Lalki, bo gdybym tego nie zrobiła to... Witaj sierpień! W ogóle perspektywa nie zdania matury z polskiego, a zdania matury z matmy jest dla mnie trochę śmieszna (I nie mam tu zamiaru nikogo obrażać, bo chodzi mi wyłącznie o mnie. Moje zdolności z matmy są wręcz..."boskie"). Generalnie jednak z tą nauką... Róbcie jak chcecie. Tu raczej jest taka ruletka. Albo trafisz w zadania, albo nie. Jeden zda w ogóle się nie ucząc - inny nie, i na odwrót. 

A co do rozszerzenia. Gdy zobaczyłam temat to stwierdziłam natychmiastowo, że wybór polskiego na rozszerzenie to był wielki błąd. Nawet przez chwilę zastanawiałam się czy nie przesiedzieć godziny i nie oddać pustej pracy, bo tekst "Filozofia i poezja" naprawdę mnie przeraził. Ale stwierdziłam, że jak już jestem to jednak się postaram. I w sumie skopałam trochę sprawę zbyt długim streszczeniem tekstu, choć z perspektywy czasu jestem całkiem zadowolona z tego co napisałam. Przyznam jednak, że była to pierwsza praca w moim życiu w której nie wiedziałam jak to coś o filozofii napisać i więcej czasu myślałam jak to ująć żeby miało sens. Ostatecznie wyszło lanie wody... na sześć stron. Sześć stron! A jest ich tam sześć i pół. W życiu nie napisałam takiej długiej pracy. I mam nadzieję, że ktoś oceni to łaskawie. Bo poprawiać tego czegoś nie mam zamiaru. Już łatwiej pisało mi się o grotesce, która ponoć w zeszłym roku sprawiła problem wielu osobom.

O matmie i angielskim wspominać za dużo nie będę. Z matmy po napisaniu wyszłam całkiem zadowolona, ale egzamin wydał mi się podejrzanie łatwy. I taka zadowolona byłam do póki nie sprawdziłam odpowiedzi - na przyszłość: nie róbcie tego, bo się tylko zdenerwujecie. Jak wspominałam ja jestem trochę na bakier z matmą. Ale sama nie mogłam uwierzyć, że porobiłam takie głupie błędy. Z angielskim było znacznie gorzej, i mimo tego że ja i ten język to pomyłka najmniej się go obawiałam. Próbne szły mi całkiem dobrze, ale teraz to nie chcę widzieć tego wyniku. Porażka totalna. I jeszcze to co tam było... Słoń w ogrodzie, pies co skoczył na trampolinę i przeleciał nad płotem, czy też jakaś babcia (to chyba była babcia, nie pamiętam dokładnie) co z kijka na selfie zrobiła broń na złodziei. Oj mają tam poczucie humoru.

Pisałam też biologię - egzamin który jest mi najbardziej potrzebny. I to w sumie dało się napisać, ale nie zdążyłam zrobić wszystkich zadań, bo ze względu na teksty źródłowe, które czasami trzeba było czytać po kilka razy by coś z nich wyłapać zwyczajnie zabrakło mi czasu. Z tego co sprawdzałam mam na razie 8 punktów, co daje ok. 15%. Bądźmy optymistami i doceńmy to, że chociaż nie będę miała 0 :D Ale przed panią od biologii to się chyba będę chować gdy pojadę po wyniki... Ewentualnie udam, że jej nie widzę albo specjalnie nie wezmę okularów. Wyczuwam poprawkę...

No i na sam koniec najbardziej stresująca część, która jest też najgłupszą i najbardziej bezsensowną, czyli (chwila ciszy)... matury ustne! Na dwa dni przed polskim co chwilę mówiłam, że nie zdam co doprowadzało do szału domowników.  Jednak teraz mogę powiedzieć, że te lęki były irracjonalne, bo egzaminatorzy na prawdę starają się wydobyć ile się da (choć to też zależy na jakich trafisz). Myślę jednak, że każdy egzaminator będzie się starał "ciągnąć za język". A z mojej reakcji na wynik z ustnego angielskiego to aż się śmiały.  Nie zmienia to faktu, że ustne to szaleństwo.


grafika funny, lol, and true
źródło

Przyznam też, że nie spodziewałam się takich wyników jakie miałam z ustnych, bo szłam tam z nastawieniem byle zdać. W ogóle nawet do nich nic nie powtarzałam (bo mi się nie chciało) i było to takie co ma być to będzie. Ech... Czułam się prawie tak jak na powyższym obrazku.


***
Wyszło chyba trochę za długo. Ale wiecie emocje jeszcze nie opadły po ostatniej maturce, którą notabene miałam wczoraj... Aż ciężko mi uwierzyć, że już jest po, choć jak wspominałam może pójdę coś tam za rok poprawiać - pewnie biologię. Dziwnie mi tak jednak, że nie muszę iść do szkoły ani lekcji odrabiać ani się uczyć, chyba że sama dla siebie. Piękne. Tak od siebie na koniec dodam, że nauczyciele trochę przesadzają z tym straszeniem maturą. Wiadomo, że stres pomaga, ale jego nadmierne ilości nie są dobre - ja na przykład zaniemówiłam w pewnym momencie na ustnym i nic nie dałam rady z siebie wydusić, a mówiono że ciągle trzeba coś mówić. Nie wolno milczeć. Cóż... Pewnie to jakoś wpływa na punkty, ale tak naprawdę ustna to formalność. I ja osobiście mam nadzieję, że wkrótce o niej zapomnę. Na pocieszenie zawsze mogę posłuchać piosenki o CKE lub o maturze.

Pozdrawiam i do napisania :)

Gwoli ciekawości - na jednym z tematów z ustnego polskiego był fragment powieści Dmitri' ego Glukhovsky'ego. 

czwartek, 17 maja 2018

Zakazane życzenie




Ona jest potężnym dżinnem. On złodziejem z ulicy. Połączyła ich pradawna magia. Kiedy Aladyn odnajduje magiczną lampę, Zahra zostaje przywrócona światu, którego nie widziała od pięciuset lat. Ludzie i dżinny pozostają w stanie wojny, więc aby przetrwać, musi ukrywać swą tożsamość. Przybierając różne kształty, będzie trwać przy swoim nowym panu aż do czasu, kiedy ten wypowie swoje trzy życzenia. Wszystko się komplikuje, gdy Nardukha, potężny król dżinnów, oferuje Zahrze szansę całkowitego uwolnienia od magii lampy. Uratowanie siebie oznacza jednak zdradzenie Aladyna – człowieka, w którym Zahra… zakochała się wbrew sobie.

Teraz musi podjąć dramatyczną decyzję: wybrać między wolnością a uczuciem – zakazanym, lecz silniejszym niż wszystko, co znała do tej pory. Skrywane przez stulecia tajemnice, baśniowy świat skrzący magią, niebezpieczeństwo i miłość wbrew wszelkim zasadom.

Nigdy nie przepadałam za historią Aladyna ani tymi osadzonymi na Bliskim Wschodzie. Nie specjalnie do mnie one trafiały choć jakieś wyjątki się tam zdarzały. Nawet ta disney'owska produkcja o Aladynie mi się nie podobała. O dziwo jednak Zakazane życzenie okazało się być całkiem ciekawą książką, której fabuła bardzo mnie wciągnęła. Pewnie gdyby nie to, że musiałam pisać matury szybko bym przez nią przebrnęła. Niestety jako, że miałam tą przyjemność bycia tegoroczną maturzystką książkę, którą zaczęłam czytać pod koniec kwietnia skończyłam...w połowie maja.

Jak wspominałam Zakazane życzenie to bardzo wciągające czytadło. Akcji w niej nie brakuje, praktycznie przez większą część książki coś się dzieje. Można pomyśleć, że to dobrze (no w sumie tak) ale dla mnie brakowało odpowiedniego zrównoważenia między momentami gdzie działo się bardzo wiele a tymi, gdzie czytelnik może wytchnąć, lepiej poznać świat wykreowany przez autorkę i bohaterów. Czasami miałam wrażenie, że niektóre wątki są tylko opisane powierzchownie. Brakowało mi zagłębienia w przeszłość bohaterów, która niby jest poruszona , lecz opisana tak "na odwal się" aby po prostu była. Wystarczyłoby to trochę bardziej rozwinąć i historia prezentowałaby już się inaczej - i w moim odczuciu znacznie lepiej. 

Muszę jednak przyznać, że sama książka jest całkiem nietypowa. Może poza kilkoma imionami i motywem lampy, które no wiadomo pochodzą od oryginalnej historii o Aladynie reszta jest dość oryginalna. Myślę, że raczej ciężko będzie też znaleźć historię podobną do tej przedstawionej w tej książce. Z drugiej strony jednak jak ktoś lubi takie historie, osadzone w świecie rodem z Aladyna to pewnie coś tam zawsze znajdzie. 

Nie obyło się jednak bez pewnych, powtarzających się w książkach mających w sobie motyw królestwa wydarzeń. Było to też trochę przewidywalne, bo skoro w większości takich książek zawsze takie sprawy obierają taką drogę a nie inną to czemu miałoby być inaczej. A można było to jakoś obejść albo nawet pominąć. Nie przeszkadzało mi to jednak w odbiorze książki.

(Chyba wyszło masło maślane, ale starałam się jak najlepiej by nic tu nie zaspoilerować.)

Bohaterowie są całkiem...fajni. Konkretniej - nie irytowali, nawet przejmowałam się ich losem a to już jest coś, bo na ogół to bohaterowie strasznie mnie denerwują - szczególnie główni, którzy często są kreowani na jakieś bóstwa. Tu wydali mi się całkiem ludzcy (ludzki dżinn, ciekawe). Mieli swoje wady jak i zalety. Autorka mogła się jednak pokusić na rozpisanie czarnych charakterów. Jak dla mnie to było tylko lekkie muśnięcie tematu i ich motywacji. No i w sumie to szkoda, bo moim zdaniem mieli oni potencjał, który jak to zwykle bywa nie został w pełni wykorzystany.


Wygląda na to, że więcej narzekam niż się zachwycam, ale jednak to naprawdę bardzo dobra książka przy której raczej nie powinniście się nudzić. Myślę, że dzięki temu jest też dobra do czytania na wakacjach. Jest wciągająca, akcji w niej nie brakuje, a czasami jest jej aż nadto. Jednak dzięki tej dynamice nie ma czasu na nudę. Bohaterowie są zaś dobrze skonstruowani, nie mam powodów by na nich narzekać i w sumie to nawet ich polubiłam. Nie jest to co prawda arcydzieło, ale myślę że jednak jest to książka warta przeczytania


7/10


***
Nie ma to jak powitanie na samym końcu posta. No nic... Bardzo długo mnie tu nie było, ale jak wiecie miałam przyjemność pisania matury. No właściwie to jeszcze mam, bo został mi jeszcze ustny angielski, który mam dopiero za tydzień (nie wiem kto układa harmonogram, ale należą mu się gromkie oklaski). Stwierdziłam jednak, że najwyższy czas przerwać to milczenie i w końcu coś tu dodać. Choć pewnie i tak częstotliwość umieszczania postów będzie wyglądać jak wcześniej XD Może też w niedalekiej przyszłości coś tam wspomnę o maturach, ale no...Właśnie w przyszłości. Na razie chcę od nich odpocząć. 
To w sumie na razie tyle co chciałam napisać (chyba się trochę rozleniwiłam przez to nie pisanie).
Pozdrawiam i do napisania!