piątek, 25 maja 2018

Maturalnie...

Znalezione obrazy dla zapytania matura demotywatory
Źródło wiadome :) Demotywatory

Czy też raczej po...
Chyba trzeba szykować trumnę...

***

Pierwszego dnia kiedy jechałam na maturę nie mogłam uwierzyć, że to już dzisiaj. A później się wystraszyłam, że pomyliłam dni, bo nikogo znajomego nie widziałam w autobusie (mimo, że sprawdzałam po kilkanaście razy godzinę i dzień, ale coś takiego jest u mnie typowe, więc już do tego nie wracajmy). No, ale nic szczęśliwie dotarłam i zaczęłam ten cholerny maraton egzaminów.

I tak bardzo się cieszę, że jest już on za mną. Choć kto tam wie jakie wyniki będą i czy nie zechcę czegoś poprawiać. Z perspektywy czasu wiem już też dlaczego tak wiele osób mówi, że "matura to bzdura". Po tym co w tym roku zostało zafundowane na maturze... Mówią miny niektórych osób, które widziałam. Czyste szczęście :)

Otwarcie się przyznam, że przez większość roku szkolnego się nie uczyłam. Niby coś tam powtarzałam do biologii (co na nic się zdało, poza głowonogami) i robiłam jakieś stare matury z matematyki (co chyba pomogło...trochę), ale poza tym... Nic. Zero siedzenia w książkach.  Dopiero w połowie kwietnia zaczęłam coś tam powtarzać już tak na serio. Dobrze, że dzień przed polskim przeczytałam kilka razy szczegółowe streszczenie Lalki, bo gdybym tego nie zrobiła to... Witaj sierpień! W ogóle perspektywa nie zdania matury z polskiego, a zdania matury z matmy jest dla mnie trochę śmieszna (I nie mam tu zamiaru nikogo obrażać, bo chodzi mi wyłącznie o mnie. Moje zdolności z matmy są wręcz..."boskie"). Generalnie jednak z tą nauką... Róbcie jak chcecie. Tu raczej jest taka ruletka. Albo trafisz w zadania, albo nie. Jeden zda w ogóle się nie ucząc - inny nie, i na odwrót. 

A co do rozszerzenia. Gdy zobaczyłam temat to stwierdziłam natychmiastowo, że wybór polskiego na rozszerzenie to był wielki błąd. Nawet przez chwilę zastanawiałam się czy nie przesiedzieć godziny i nie oddać pustej pracy, bo tekst "Filozofia i poezja" naprawdę mnie przeraził. Ale stwierdziłam, że jak już jestem to jednak się postaram. I w sumie skopałam trochę sprawę zbyt długim streszczeniem tekstu, choć z perspektywy czasu jestem całkiem zadowolona z tego co napisałam. Przyznam jednak, że była to pierwsza praca w moim życiu w której nie wiedziałam jak to coś o filozofii napisać i więcej czasu myślałam jak to ująć żeby miało sens. Ostatecznie wyszło lanie wody... na sześć stron. Sześć stron! A jest ich tam sześć i pół. W życiu nie napisałam takiej długiej pracy. I mam nadzieję, że ktoś oceni to łaskawie. Bo poprawiać tego czegoś nie mam zamiaru. Już łatwiej pisało mi się o grotesce, która ponoć w zeszłym roku sprawiła problem wielu osobom.

O matmie i angielskim wspominać za dużo nie będę. Z matmy po napisaniu wyszłam całkiem zadowolona, ale egzamin wydał mi się podejrzanie łatwy. I taka zadowolona byłam do póki nie sprawdziłam odpowiedzi - na przyszłość: nie róbcie tego, bo się tylko zdenerwujecie. Jak wspominałam ja jestem trochę na bakier z matmą. Ale sama nie mogłam uwierzyć, że porobiłam takie głupie błędy. Z angielskim było znacznie gorzej, i mimo tego że ja i ten język to pomyłka najmniej się go obawiałam. Próbne szły mi całkiem dobrze, ale teraz to nie chcę widzieć tego wyniku. Porażka totalna. I jeszcze to co tam było... Słoń w ogrodzie, pies co skoczył na trampolinę i przeleciał nad płotem, czy też jakaś babcia (to chyba była babcia, nie pamiętam dokładnie) co z kijka na selfie zrobiła broń na złodziei. Oj mają tam poczucie humoru.

Pisałam też biologię - egzamin który jest mi najbardziej potrzebny. I to w sumie dało się napisać, ale nie zdążyłam zrobić wszystkich zadań, bo ze względu na teksty źródłowe, które czasami trzeba było czytać po kilka razy by coś z nich wyłapać zwyczajnie zabrakło mi czasu. Z tego co sprawdzałam mam na razie 8 punktów, co daje ok. 15%. Bądźmy optymistami i doceńmy to, że chociaż nie będę miała 0 :D Ale przed panią od biologii to się chyba będę chować gdy pojadę po wyniki... Ewentualnie udam, że jej nie widzę albo specjalnie nie wezmę okularów. Wyczuwam poprawkę...

No i na sam koniec najbardziej stresująca część, która jest też najgłupszą i najbardziej bezsensowną, czyli (chwila ciszy)... matury ustne! Na dwa dni przed polskim co chwilę mówiłam, że nie zdam co doprowadzało do szału domowników.  Jednak teraz mogę powiedzieć, że te lęki były irracjonalne, bo egzaminatorzy na prawdę starają się wydobyć ile się da (choć to też zależy na jakich trafisz). Myślę jednak, że każdy egzaminator będzie się starał "ciągnąć za język". A z mojej reakcji na wynik z ustnego angielskiego to aż się śmiały.  Nie zmienia to faktu, że ustne to szaleństwo.


grafika funny, lol, and true
źródło

Przyznam też, że nie spodziewałam się takich wyników jakie miałam z ustnych, bo szłam tam z nastawieniem byle zdać. W ogóle nawet do nich nic nie powtarzałam (bo mi się nie chciało) i było to takie co ma być to będzie. Ech... Czułam się prawie tak jak na powyższym obrazku.


***
Wyszło chyba trochę za długo. Ale wiecie emocje jeszcze nie opadły po ostatniej maturce, którą notabene miałam wczoraj... Aż ciężko mi uwierzyć, że już jest po, choć jak wspominałam może pójdę coś tam za rok poprawiać - pewnie biologię. Dziwnie mi tak jednak, że nie muszę iść do szkoły ani lekcji odrabiać ani się uczyć, chyba że sama dla siebie. Piękne. Tak od siebie na koniec dodam, że nauczyciele trochę przesadzają z tym straszeniem maturą. Wiadomo, że stres pomaga, ale jego nadmierne ilości nie są dobre - ja na przykład zaniemówiłam w pewnym momencie na ustnym i nic nie dałam rady z siebie wydusić, a mówiono że ciągle trzeba coś mówić. Nie wolno milczeć. Cóż... Pewnie to jakoś wpływa na punkty, ale tak naprawdę ustna to formalność. I ja osobiście mam nadzieję, że wkrótce o niej zapomnę. Na pocieszenie zawsze mogę posłuchać piosenki o CKE lub o maturze.

Pozdrawiam i do napisania :)

Gwoli ciekawości - na jednym z tematów z ustnego polskiego był fragment powieści Dmitri' ego Glukhovsky'ego. 

czwartek, 17 maja 2018

Zakazane życzenie




Ona jest potężnym dżinnem. On złodziejem z ulicy. Połączyła ich pradawna magia. Kiedy Aladyn odnajduje magiczną lampę, Zahra zostaje przywrócona światu, którego nie widziała od pięciuset lat. Ludzie i dżinny pozostają w stanie wojny, więc aby przetrwać, musi ukrywać swą tożsamość. Przybierając różne kształty, będzie trwać przy swoim nowym panu aż do czasu, kiedy ten wypowie swoje trzy życzenia. Wszystko się komplikuje, gdy Nardukha, potężny król dżinnów, oferuje Zahrze szansę całkowitego uwolnienia od magii lampy. Uratowanie siebie oznacza jednak zdradzenie Aladyna – człowieka, w którym Zahra… zakochała się wbrew sobie.

Teraz musi podjąć dramatyczną decyzję: wybrać między wolnością a uczuciem – zakazanym, lecz silniejszym niż wszystko, co znała do tej pory. Skrywane przez stulecia tajemnice, baśniowy świat skrzący magią, niebezpieczeństwo i miłość wbrew wszelkim zasadom.

Nigdy nie przepadałam za historią Aladyna ani tymi osadzonymi na Bliskim Wschodzie. Nie specjalnie do mnie one trafiały choć jakieś wyjątki się tam zdarzały. Nawet ta disney'owska produkcja o Aladynie mi się nie podobała. O dziwo jednak Zakazane życzenie okazało się być całkiem ciekawą książką, której fabuła bardzo mnie wciągnęła. Pewnie gdyby nie to, że musiałam pisać matury szybko bym przez nią przebrnęła. Niestety jako, że miałam tą przyjemność bycia tegoroczną maturzystką książkę, którą zaczęłam czytać pod koniec kwietnia skończyłam...w połowie maja.

Jak wspominałam Zakazane życzenie to bardzo wciągające czytadło. Akcji w niej nie brakuje, praktycznie przez większą część książki coś się dzieje. Można pomyśleć, że to dobrze (no w sumie tak) ale dla mnie brakowało odpowiedniego zrównoważenia między momentami gdzie działo się bardzo wiele a tymi, gdzie czytelnik może wytchnąć, lepiej poznać świat wykreowany przez autorkę i bohaterów. Czasami miałam wrażenie, że niektóre wątki są tylko opisane powierzchownie. Brakowało mi zagłębienia w przeszłość bohaterów, która niby jest poruszona , lecz opisana tak "na odwal się" aby po prostu była. Wystarczyłoby to trochę bardziej rozwinąć i historia prezentowałaby już się inaczej - i w moim odczuciu znacznie lepiej. 

Muszę jednak przyznać, że sama książka jest całkiem nietypowa. Może poza kilkoma imionami i motywem lampy, które no wiadomo pochodzą od oryginalnej historii o Aladynie reszta jest dość oryginalna. Myślę, że raczej ciężko będzie też znaleźć historię podobną do tej przedstawionej w tej książce. Z drugiej strony jednak jak ktoś lubi takie historie, osadzone w świecie rodem z Aladyna to pewnie coś tam zawsze znajdzie. 

Nie obyło się jednak bez pewnych, powtarzających się w książkach mających w sobie motyw królestwa wydarzeń. Było to też trochę przewidywalne, bo skoro w większości takich książek zawsze takie sprawy obierają taką drogę a nie inną to czemu miałoby być inaczej. A można było to jakoś obejść albo nawet pominąć. Nie przeszkadzało mi to jednak w odbiorze książki.

(Chyba wyszło masło maślane, ale starałam się jak najlepiej by nic tu nie zaspoilerować.)

Bohaterowie są całkiem...fajni. Konkretniej - nie irytowali, nawet przejmowałam się ich losem a to już jest coś, bo na ogół to bohaterowie strasznie mnie denerwują - szczególnie główni, którzy często są kreowani na jakieś bóstwa. Tu wydali mi się całkiem ludzcy (ludzki dżinn, ciekawe). Mieli swoje wady jak i zalety. Autorka mogła się jednak pokusić na rozpisanie czarnych charakterów. Jak dla mnie to było tylko lekkie muśnięcie tematu i ich motywacji. No i w sumie to szkoda, bo moim zdaniem mieli oni potencjał, który jak to zwykle bywa nie został w pełni wykorzystany.


Wygląda na to, że więcej narzekam niż się zachwycam, ale jednak to naprawdę bardzo dobra książka przy której raczej nie powinniście się nudzić. Myślę, że dzięki temu jest też dobra do czytania na wakacjach. Jest wciągająca, akcji w niej nie brakuje, a czasami jest jej aż nadto. Jednak dzięki tej dynamice nie ma czasu na nudę. Bohaterowie są zaś dobrze skonstruowani, nie mam powodów by na nich narzekać i w sumie to nawet ich polubiłam. Nie jest to co prawda arcydzieło, ale myślę że jednak jest to książka warta przeczytania


7/10


***
Nie ma to jak powitanie na samym końcu posta. No nic... Bardzo długo mnie tu nie było, ale jak wiecie miałam przyjemność pisania matury. No właściwie to jeszcze mam, bo został mi jeszcze ustny angielski, który mam dopiero za tydzień (nie wiem kto układa harmonogram, ale należą mu się gromkie oklaski). Stwierdziłam jednak, że najwyższy czas przerwać to milczenie i w końcu coś tu dodać. Choć pewnie i tak częstotliwość umieszczania postów będzie wyglądać jak wcześniej XD Może też w niedalekiej przyszłości coś tam wspomnę o maturach, ale no...Właśnie w przyszłości. Na razie chcę od nich odpocząć. 
To w sumie na razie tyle co chciałam napisać (chyba się trochę rozleniwiłam przez to nie pisanie).
Pozdrawiam i do napisania! 

sobota, 21 kwietnia 2018

Player one


Premiery filmów, które bazują na książkach mają swoje plusy. Na przykład czasami dzięki temu można zdobyć książki, które wcześniej były niedostępne :D

Jest rok 2045. Ziemia jest okropnym miejscem. Zasoby ropy się wyczerpały. Klimat się rozregulował. Na planecie panują głód, bieda i choroby.

Większość ludzi ucieka od przytłaczającej rzeczywistości, prowadząc wirtualne życie w OASIS, pełnej rozmachu utopii online, gdzie można być, kim się chce i spokojnie funkcjonować, grać i zakochiwać się na jednej z tysiąca planet. Wade Watts żyje w OASIS od wczesnego dzieciństwa i podobnie jak wielu innych, ma obsesję na punkcie Miedzianego Klucza, cyfrowego „wielkanocnego jajka”, ukrytego gdzieś głęboko w cyfrowej rzeczywistości. Schował go przed śmiercią tam założyciel OASIS, James Halliday, multimiliarder.

Ten, kto go znajdzie, odziedziczy jego majątek i przejmie kontrolę nad grą. Przez całe lata miliony ludzi próbowały odnaleźć ten skarb; jedyną wskazówką była wiedza, że prowadzące do celu zagadki są oparte na kulturze masowej końca XX wieku. Ale to właśnie Wade natrafia na klucz do pierwszego zadania i nagle odkrywa, że w desperackim wyścigu po największą nagrodę przeciwko sobie ma tysiące konkurentów. Ta coraz bardziej zaciekła rywalizacja wkrótce przenosi się z OASIS do świata rzeczywistego…


Bardzo się ucieszyłam kiedy zobaczyłam, że ta książka będzie ponownie dostępna w sprzedaży, bo mimo że chciałam ją wcześniej zdobyć nie było takiej możliwości. Aż tu w końcu dzięki filmowi (którego jeszcze nie oglądałam) mam ją u siebie na półce przeczytaną. I jest to chyba jak na razie jedna z najlepszych książek jakie przeczytałam w tym roku.

Zaczną od tego co było dla mnie najgorsze, czyli ten jakby prolog. No nie bardzo mi on podszedł, ale że liczy sobie tylko kilka stron to szybko przez niego przebrnęłam. Pomyślałam wtedy jednak, że jak tak to będzie wyglądać dalej to nie wiem jak to będzie z tym czytaniem. Ale dalej było już tylko świetnie lub rewelacyjnie, więc no... To chyba wszystko co mi się nie podobało.

Sam styl i języka autor jest lekki i przyjemny. Książkę czyta się bardzo szybko, wręcz się ją pochłania. Nie ma nadmiaru opisów, wszystko jest ładnie zrównoważone i w odpowiedniej ilości. Jedyne co może się nie spodobać to dość spora ilość nawiązań do popkultury lat 80, 70 itd. Mi to jednak nie przeszkadzało bo akurat lubię kulturę z lat 80 np. taka muzyka była o wiele lepsza niż ta co jest teraz. I pewnie gdybym znała trochę więcej gier, filmów czy piosenek z tych lat ta książka wydałaby mi się bardziej nostalgiczna. 

Świat przedstawiony przez autora co prawda jest ciekawy i intrygujący, lecz na dłuższą metę mogę śmiało stwierdzić, że jest on okropny. Wyobraźcie sobie przyszłość gdzie ludzie każdą wolną chwilę spędzają w grze, uczą się w niej, pracują, spotykają z przyjaciółmi ponieważ realny świat stał się miejscem po prostu brzydkim i zniszczonym, gdzie nikt nie chce przebywać. Moim zdaniem to straszne, ale teraz przecież niektórzy ludzie też tak robią, a taka wizja świata jest dość realna. 
Mimo wszystko autor ciekawie przedstawił świat OASIS i choć nie jest to miejsce, w którym chciałabym przebywać non-stop, to jednak z czystej ciekawości zobaczyłabym sobie jak to wygląda.
(Ech... A potem byłoby, że uzależniona od gry...)

Bardzo polubiłam głównych bohaterów co zdarza się rzadko, choć ostatnio co raz częściej. Trochę mi przeszkadzała mi ich geekowatość, ale no... Ja trochę też mam z geeka (choć do bohaterów to mi daleko, normalnie niebo a ziemia). Nic więc o tym mówić nie będę. Generalnie nie byli oni irytujący (no może poza Art#mis, ale w sumie to się nie dziwię, że tak się zachowywała). 

Podsumowując:
Bardzo wam tą książkę polecam. Jest wciągająca, napisana prostym językiem dzięki czemu raczej powinniście ją przeczytać bardzo szybko. Jeżeli więc szukacie czegoś oryginalnego, co sprawi że nie będziecie chcieli choć na chwilę przerwać czytanie to myślę, że ta książka wam się spodoba. 

9/10

środa, 4 kwietnia 2018

Ulubieńcy miesiąca: Marzec

grafika april, hello, and spring
źródło
Marzec o dziwo minął mi dość szybko, co zdecydowanie mnie cieszy. Kwiecień zaś szykuje się pracowicie, bo w końcu to mój ostatni miesiąc w liceum i ogólnie w szkole. Trochę mi tak dziwnie z myślą, że za miesiąc będę się już musiała pisać matury (do których nic a nic nie chce mi się powtarzać, więc tylko robię matury z zeszłych lat i czasami coś tam poczytam). Mam nadzieję, że matury, a zwłaszcza "bardzo potrzebne" ustne miną szybko jak poprzedni miesiąc :)

***

1. Muzyka
Słuchałam tych czterech utworów:

Znalezione obrazy dla zapytania Ja, Tonya Podobny obraz
2. Filmy
Trochę nowości udało mi się obejrzeć, ale tak najbardziej to podobały mi się trzy filmy.
Pierwszy to Ja, Tonya, który o dziwo bardzo mnie wciągnął, choć nastawiałam się na więcej scen gdzie główna bohaterka jeździ na łyżwach. Kolejny to Lion. Powrót do domu. Bardzo mnie ten film wzruszył, nawet poleciało kilka łez (co u mnie zdarza się rzadko), myślę że to chyba najlepszy film jaki obejrzałam w marcu (i w dodatku bazuje on na prawdziwiej historii). Ostatnim jest Twój Vincent, które obejrzałam nawet dwa razy - bo raz w domu, a drugi raz w kinie. Fabularnie co prawda nie nazwałabym go arcydziełem, ale za to wizualnie... Jest przepiękny.

Znalezione obrazy dla zapytania marzyciel laini taylor 
3. Książki
Było trochę lepiej niż w lutym, bo przeczytałam aż... 3 książki. Całą jedną więcej niż w lutym. Normalnie WOW :D Co prawda powinnam powtarzać sobie lektury, ale zrobię to po prostu później. W sumie i tak nie widzę sensu w ich czytaniu, no bo czytanie czegoś na siłę to dla mnie trochę tak jak nie czytanie. No i w sumie lepiej jest jednak mówić/ pisać o czymś co się dobrze zna.
Książki, które przeczytałam w marcu:
Historia pszczół (M. Lunde)
Dawca (L. Lowry)
Marzyciel (L. Taylro) - recenzja

***
No i tak to mniej więcej wygląda. 
Miejmy nadzieję, że sytuacja czytelnicza się trochę poprawi, choć powinnam raczej siedzieć w podręcznikach. Ale z drugiej strony wiele z nich ma dużo motywów, które mogę później wykorzystać na maturze :D
Pozdrawiam i do napisania!

piątek, 30 marca 2018

Marzyciel


Znalezione obrazy dla zapytania marzyciel laini taylor
To marzenie wybiera marzyciela, a nie odwrotnie.
Lazlo Strange od zawsze marzył, aby poznać tajemnice zaginionego miasta Szloch. Jako sierota, a potem skromny bibliotekarz, nawet nie przypuszczał, że ma szansę na odbycie kosztownej wyprawy przez pustynię Elmuthaleth do miejsca, gdzie mieszkają mityczni wojownicy. Dopóki sami nie przekroczyli bramy Wielkiej Biblioteki i nie zaproponowali wyprawy… komuś innemu. Tu liczy się czas i każda podjęta decyzja. Przed Strange’em pojawią się wybory, których nie sposób dokonać, żal, którego nie da się wyleczyć, oraz magia tak prawdziwa, jakby istniała naprawdę.
Zanurz się w świecie pełnym skrywanych od wieków tajemnic, marzeń niebieskich jak opale, jak skrzydła ważki czy niebo, niezwykłych snów, które dyktują zmysły. Czytając "Marzyciela", zapomnisz, co jest snem, a co jawą.

***

Myślę, że część z was kojarzy tą książkę. Ostatnio trochę było o niej słychać a poza tym ma ładną okładkę obok której ciężko jest przejść obojętnie. Zachęcona opisem oraz tą przecudowną okładką (pal licho, że tam jest ćma, których nie cierpię choć są one lepsze niż motylki) postanowiłam także sięgnąć po tą książkę. Miałam kilka problemów z jej znalezieniem, ale jakoś się udało. No i w sumie...

Nie mogę powiedzieć, że książka mnie rozczarowała. To jest zbyt mocne słowo, ale też nie mogę powiedzieć, że jestem nią zachwycona jak większa część książkowej blogosfery. Kiedy tak analizowałam sobie - już po jej zakończeniu, to co mi się w niej podobało, to okazało się, że (niestety) więcej jest takich rzeczy, które w ogóle do mnie nie przemawiały. Trochę szkoda, bo myślałam, że im dalej będę czytała, to może coś sprawi że jakoś ta książka mi przypadnie do gustu.

Żeby jednak nie było, że od początku tylko narzekam, zacznę od czegoś co całkiem mi się podobało, a mianowicie fabuły. Ogólnie mówiąc jest to chyba jedna z najoryginalniejszych książek jakie czytałam w ostatnim czasie, właśnie dzięki tej nietuzinkowej fabule. Raczej nie spotkacie takiej w innych książkach. Sama oryginalność zaś daje wiele dobrego tej lekturze, szczególnie teraz kiedy w innych powieściach widać pewną schematyczność. Nawet okładka - jej kolor i wizerunek ćmy, nawiązuje do fabuły - mianowicie do grupki pewnych bohaterów, którzy w jakiś sposób wpływają na akcję książki (no właściwie to najważniejsza z nich jest pewna bohaterka, ale nic więcej nie napiszę bo byłby to spoiler). Zaś sam świat, który został w niej przedstawiony jest niezwykle dopracowany i szczegółowy.

Szkoda tylko, że zepsuł to styl i język pisania autorki.

Na ogół czytałam wiele dobrego o nim, wiele osób go chwaliło, ale do mnie on jakoś nie przemówił. Zbyt zagmatwany, nawet nieco patetyczny mi się wydał. Nie przepadam za takim. Z pewnością jest on oryginalny, ale samą oryginalnością to raczej dużo się nie zdziała, jeśli jest on przy okazji dość ciężki.
Inną rzeczą, której było dużo - czasami nawet miałam wrażenie, że jest po to aby być, bo nic nie wnosiła, są opisy. No naprawdę więcej to chyba upchać się nie dało Czasami jeden rozdział składał się w większości z opisu i może dwóch, trzech linijek dialogu. Strasznie przez to mnie męczyło czytanie (Tak , męczyło! Czytanie.). Zdarzało się nawet, że nie zwracałam uwagi na to co czytam, a potem zastanawiałam się: kurde, o co chodzi? skąd on/ona się tu wzięła?
Sama akcja też jak dla mnie rozwijała się zbyt wolno. Zaobserwowałam tu pewną tendencje wzrostowo - spadkową. Czasami zaczynało się robić ciekawie, aby następnie na kilkanaście rozdziałów znów powrócić do ślimakowatego tempa akcji.

Krotko też wspomnę o bohaterach, którzy o ironio byli bardzo dobrze wykreowani przez autorkę. Tak naprawdę to nie polubiłam tylko jednej bohaterki (coś mi z nią było nie tak, jak się okazało później rzeczywiście dobrze się domyślałam). No i nazwisko głównego bohatera, Strange. Trochę jak Dr. Strange :D


Podsumowując:

Marzyciel co prawda nie do końca okazał się być tym czego oczekiwałam. Po tylu pozytywnych opiniach spodziewałam się czegoś co sprawi, że będę oniemiała, czegoś co sprawi, że długo jeszcze będę pamiętać o tej książce. Szczerze mówiąc to nawet się na nim trochę zawiodłam. Jest to jednak bardzo oryginalna historia, z bardzo dobrze wykreowanymi bohaterami i szczegółowym, dopracowanym światem przedstawionym. Gdyby styl i język autorki były nieco lżejsze i mniej zagmatwane pewnie bym bardziej się wciągnęła. No i gdyby było mniej tych męczących opisów. Mimo tego jestem ciekawa dalszych części tej książki, zwłaszcza przez to jak została ona zakończona.

7/10