sobota, 21 kwietnia 2018

Player one


Premiery filmów, które bazują na książkach mają swoje plusy. Na przykład czasami dzięki temu można zdobyć książki, które wcześniej były niedostępne :D

Jest rok 2045. Ziemia jest okropnym miejscem. Zasoby ropy się wyczerpały. Klimat się rozregulował. Na planecie panują głód, bieda i choroby.

Większość ludzi ucieka od przytłaczającej rzeczywistości, prowadząc wirtualne życie w OASIS, pełnej rozmachu utopii online, gdzie można być, kim się chce i spokojnie funkcjonować, grać i zakochiwać się na jednej z tysiąca planet. Wade Watts żyje w OASIS od wczesnego dzieciństwa i podobnie jak wielu innych, ma obsesję na punkcie Miedzianego Klucza, cyfrowego „wielkanocnego jajka”, ukrytego gdzieś głęboko w cyfrowej rzeczywistości. Schował go przed śmiercią tam założyciel OASIS, James Halliday, multimiliarder.

Ten, kto go znajdzie, odziedziczy jego majątek i przejmie kontrolę nad grą. Przez całe lata miliony ludzi próbowały odnaleźć ten skarb; jedyną wskazówką była wiedza, że prowadzące do celu zagadki są oparte na kulturze masowej końca XX wieku. Ale to właśnie Wade natrafia na klucz do pierwszego zadania i nagle odkrywa, że w desperackim wyścigu po największą nagrodę przeciwko sobie ma tysiące konkurentów. Ta coraz bardziej zaciekła rywalizacja wkrótce przenosi się z OASIS do świata rzeczywistego…


Bardzo się ucieszyłam kiedy zobaczyłam, że ta książka będzie ponownie dostępna w sprzedaży, bo mimo że chciałam ją wcześniej zdobyć nie było takiej możliwości. Aż tu w końcu dzięki filmowi (którego jeszcze nie oglądałam) mam ją u siebie na półce przeczytaną. I jest to chyba jak na razie jedna z najlepszych książek jakie przeczytałam w tym roku.

Zaczną od tego co było dla mnie najgorsze, czyli ten jakby prolog. No nie bardzo mi on podszedł, ale że liczy sobie tylko kilka stron to szybko przez niego przebrnęłam. Pomyślałam wtedy jednak, że jak tak to będzie wyglądać dalej to nie wiem jak to będzie z tym czytaniem. Ale dalej było już tylko świetnie lub rewelacyjnie, więc no... To chyba wszystko co mi się nie podobało.

Sam styl i języka autor jest lekki i przyjemny. Książkę czyta się bardzo szybko, wręcz się ją pochłania. Nie ma nadmiaru opisów, wszystko jest ładnie zrównoważone i w odpowiedniej ilości. Jedyne co może się nie spodobać to dość spora ilość nawiązań do popkultury lat 80, 70 itd. Mi to jednak nie przeszkadzało bo akurat lubię kulturę z lat 80 np. taka muzyka była o wiele lepsza niż ta co jest teraz. I pewnie gdybym znała trochę więcej gier, filmów czy piosenek z tych lat ta książka wydałaby mi się bardziej nostalgiczna. 

Świat przedstawiony przez autora co prawda jest ciekawy i intrygujący, lecz na dłuższą metę mogę śmiało stwierdzić, że jest on okropny. Wyobraźcie sobie przyszłość gdzie ludzie każdą wolną chwilę spędzają w grze, uczą się w niej, pracują, spotykają z przyjaciółmi ponieważ realny świat stał się miejscem po prostu brzydkim i zniszczonym, gdzie nikt nie chce przebywać. Moim zdaniem to straszne, ale teraz przecież niektórzy ludzie też tak robią, a taka wizja świata jest dość realna. 
Mimo wszystko autor ciekawie przedstawił świat OASIS i choć nie jest to miejsce, w którym chciałabym przebywać non-stop, to jednak z czystej ciekawości zobaczyłabym sobie jak to wygląda.
(Ech... A potem byłoby, że uzależniona od gry...)

Bardzo polubiłam głównych bohaterów co zdarza się rzadko, choć ostatnio co raz częściej. Trochę mi przeszkadzała mi ich geekowatość, ale no... Ja trochę też mam z geeka (choć do bohaterów to mi daleko, normalnie niebo a ziemia). Nic więc o tym mówić nie będę. Generalnie nie byli oni irytujący (no może poza Art#mis, ale w sumie to się nie dziwię, że tak się zachowywała). 

Podsumowując:
Bardzo wam tą książkę polecam. Jest wciągająca, napisana prostym językiem dzięki czemu raczej powinniście ją przeczytać bardzo szybko. Jeżeli więc szukacie czegoś oryginalnego, co sprawi że nie będziecie chcieli choć na chwilę przerwać czytanie to myślę, że ta książka wam się spodoba. 

9/10

środa, 4 kwietnia 2018

Ulubieńcy miesiąca: Marzec

grafika april, hello, and spring
źródło
Marzec o dziwo minął mi dość szybko, co zdecydowanie mnie cieszy. Kwiecień zaś szykuje się pracowicie, bo w końcu to mój ostatni miesiąc w liceum i ogólnie w szkole. Trochę mi tak dziwnie z myślą, że za miesiąc będę się już musiała pisać matury (do których nic a nic nie chce mi się powtarzać, więc tylko robię matury z zeszłych lat i czasami coś tam poczytam). Mam nadzieję, że matury, a zwłaszcza "bardzo potrzebne" ustne miną szybko jak poprzedni miesiąc :)

***

1. Muzyka
Słuchałam tych czterech utworów:

Znalezione obrazy dla zapytania Ja, Tonya Podobny obraz
2. Filmy
Trochę nowości udało mi się obejrzeć, ale tak najbardziej to podobały mi się trzy filmy.
Pierwszy to Ja, Tonya, który o dziwo bardzo mnie wciągnął, choć nastawiałam się na więcej scen gdzie główna bohaterka jeździ na łyżwach. Kolejny to Lion. Powrót do domu. Bardzo mnie ten film wzruszył, nawet poleciało kilka łez (co u mnie zdarza się rzadko), myślę że to chyba najlepszy film jaki obejrzałam w marcu (i w dodatku bazuje on na prawdziwiej historii). Ostatnim jest Twój Vincent, które obejrzałam nawet dwa razy - bo raz w domu, a drugi raz w kinie. Fabularnie co prawda nie nazwałabym go arcydziełem, ale za to wizualnie... Jest przepiękny.

Znalezione obrazy dla zapytania marzyciel laini taylor 
3. Książki
Było trochę lepiej niż w lutym, bo przeczytałam aż... 3 książki. Całą jedną więcej niż w lutym. Normalnie WOW :D Co prawda powinnam powtarzać sobie lektury, ale zrobię to po prostu później. W sumie i tak nie widzę sensu w ich czytaniu, no bo czytanie czegoś na siłę to dla mnie trochę tak jak nie czytanie. No i w sumie lepiej jest jednak mówić/ pisać o czymś co się dobrze zna.
Książki, które przeczytałam w marcu:
Historia pszczół (M. Lunde)
Dawca (L. Lowry)
Marzyciel (L. Taylro) - recenzja

***
No i tak to mniej więcej wygląda. 
Miejmy nadzieję, że sytuacja czytelnicza się trochę poprawi, choć powinnam raczej siedzieć w podręcznikach. Ale z drugiej strony wiele z nich ma dużo motywów, które mogę później wykorzystać na maturze :D
Pozdrawiam i do napisania!

piątek, 30 marca 2018

Marzyciel


Znalezione obrazy dla zapytania marzyciel laini taylor
To marzenie wybiera marzyciela, a nie odwrotnie.
Lazlo Strange od zawsze marzył, aby poznać tajemnice zaginionego miasta Szloch. Jako sierota, a potem skromny bibliotekarz, nawet nie przypuszczał, że ma szansę na odbycie kosztownej wyprawy przez pustynię Elmuthaleth do miejsca, gdzie mieszkają mityczni wojownicy. Dopóki sami nie przekroczyli bramy Wielkiej Biblioteki i nie zaproponowali wyprawy… komuś innemu. Tu liczy się czas i każda podjęta decyzja. Przed Strange’em pojawią się wybory, których nie sposób dokonać, żal, którego nie da się wyleczyć, oraz magia tak prawdziwa, jakby istniała naprawdę.
Zanurz się w świecie pełnym skrywanych od wieków tajemnic, marzeń niebieskich jak opale, jak skrzydła ważki czy niebo, niezwykłych snów, które dyktują zmysły. Czytając "Marzyciela", zapomnisz, co jest snem, a co jawą.

***

Myślę, że część z was kojarzy tą książkę. Ostatnio trochę było o niej słychać a poza tym ma ładną okładkę obok której ciężko jest przejść obojętnie. Zachęcona opisem oraz tą przecudowną okładką (pal licho, że tam jest ćma, których nie cierpię choć są one lepsze niż motylki) postanowiłam także sięgnąć po tą książkę. Miałam kilka problemów z jej znalezieniem, ale jakoś się udało. No i w sumie...

Nie mogę powiedzieć, że książka mnie rozczarowała. To jest zbyt mocne słowo, ale też nie mogę powiedzieć, że jestem nią zachwycona jak większa część książkowej blogosfery. Kiedy tak analizowałam sobie - już po jej zakończeniu, to co mi się w niej podobało, to okazało się, że (niestety) więcej jest takich rzeczy, które w ogóle do mnie nie przemawiały. Trochę szkoda, bo myślałam, że im dalej będę czytała, to może coś sprawi że jakoś ta książka mi przypadnie do gustu.

Żeby jednak nie było, że od początku tylko narzekam, zacznę od czegoś co całkiem mi się podobało, a mianowicie fabuły. Ogólnie mówiąc jest to chyba jedna z najoryginalniejszych książek jakie czytałam w ostatnim czasie, właśnie dzięki tej nietuzinkowej fabule. Raczej nie spotkacie takiej w innych książkach. Sama oryginalność zaś daje wiele dobrego tej lekturze, szczególnie teraz kiedy w innych powieściach widać pewną schematyczność. Nawet okładka - jej kolor i wizerunek ćmy, nawiązuje do fabuły - mianowicie do grupki pewnych bohaterów, którzy w jakiś sposób wpływają na akcję książki (no właściwie to najważniejsza z nich jest pewna bohaterka, ale nic więcej nie napiszę bo byłby to spoiler). Zaś sam świat, który został w niej przedstawiony jest niezwykle dopracowany i szczegółowy.

Szkoda tylko, że zepsuł to styl i język pisania autorki.

Na ogół czytałam wiele dobrego o nim, wiele osób go chwaliło, ale do mnie on jakoś nie przemówił. Zbyt zagmatwany, nawet nieco patetyczny mi się wydał. Nie przepadam za takim. Z pewnością jest on oryginalny, ale samą oryginalnością to raczej dużo się nie zdziała, jeśli jest on przy okazji dość ciężki.
Inną rzeczą, której było dużo - czasami nawet miałam wrażenie, że jest po to aby być, bo nic nie wnosiła, są opisy. No naprawdę więcej to chyba upchać się nie dało Czasami jeden rozdział składał się w większości z opisu i może dwóch, trzech linijek dialogu. Strasznie przez to mnie męczyło czytanie (Tak , męczyło! Czytanie.). Zdarzało się nawet, że nie zwracałam uwagi na to co czytam, a potem zastanawiałam się: kurde, o co chodzi? skąd on/ona się tu wzięła?
Sama akcja też jak dla mnie rozwijała się zbyt wolno. Zaobserwowałam tu pewną tendencje wzrostowo - spadkową. Czasami zaczynało się robić ciekawie, aby następnie na kilkanaście rozdziałów znów powrócić do ślimakowatego tempa akcji.

Krotko też wspomnę o bohaterach, którzy o ironio byli bardzo dobrze wykreowani przez autorkę. Tak naprawdę to nie polubiłam tylko jednej bohaterki (coś mi z nią było nie tak, jak się okazało później rzeczywiście dobrze się domyślałam). No i nazwisko głównego bohatera, Strange. Trochę jak Dr. Strange :D


Podsumowując:

Marzyciel co prawda nie do końca okazał się być tym czego oczekiwałam. Po tylu pozytywnych opiniach spodziewałam się czegoś co sprawi, że będę oniemiała, czegoś co sprawi, że długo jeszcze będę pamiętać o tej książce. Szczerze mówiąc to nawet się na nim trochę zawiodłam. Jest to jednak bardzo oryginalna historia, z bardzo dobrze wykreowanymi bohaterami i szczegółowym, dopracowanym światem przedstawionym. Gdyby styl i język autorki były nieco lżejsze i mniej zagmatwane pewnie bym bardziej się wciągnęła. No i gdyby było mniej tych męczących opisów. Mimo tego jestem ciekawa dalszych części tej książki, zwłaszcza przez to jak została ona zakończona.

7/10

niedziela, 18 marca 2018

5 filmów, które były lepsze od książki

Na temat ekranizacji książek bardzo często się słyszy, że są od nich o wiele gorsze. Ja sama w sumie też jestem osobą, która na wiele ekranizacji nieźle napsioczyła. Moim zdaniem nie ma jednak w tym nic zaskakującego kiedy ktoś (czyli ludzie odpowiadający za film) totalnie zmieniają wątki, ucinają je a jedyne co czasami zgadza się z książką to imiona bohaterów i ewentualnie świat w którym żyją.
Znajdują się też jednak książki, które o dziwo są gorsze od filmów - lub ewentualnie są na podobnym poziomie :D I właśnie o tym będzie dzisiejszy post - o kilku filmach, które okazały się lepsze od ich książkowych pierwowzorów.

(Nie zwracajcie uwagi na miejsca - są tylko po to żeby wiedzieć ile jest tu tych filmów).

1. Zostań, jeśli kochasz
(reż. R.J Cutler)
Ja co prawda za filmem jak i za książką nie przepadam, ale w tym przypadku okazał się on być jednak trochę lepszy od książkowego pierwowzoru.Oglądałam go dość dawno, ale o dziwo całkiem dobrze go pamiętam. Zapowiadał się całkiem ciekawie, nawet wtedy mnie zaintrygował bo ja osobiście lubię takie filmy. Nie przypadła mi jednak do gustu zbytnio forma tego filmu, a przeszłość bohaterki była jak dla mnie opowiedziana w bardzo przynudzający sposób. Można było to zrobić lepiej bo osobiście uważam, że historia miała potencjał tylko został on źle wykorzystany. Skończyło się więc na tym, że przez większość seansu tylko się nudziłam.

2. Cudowny chłopak
(reż. Stephen Chbosky)
Tu akurat wygląda to tak, że i film i książka podobały mi się mniej więcej tak samo. Film jednak okazał się być lepszy z powodu który normalnie wywołuje złość na reżysera, a mianowicie pominięciu kilku wątków. W książce przeszkadzało mi, że wątków jest dość sporo, ale niektóre nie były wystarczająco rozwinięte i czuło się takie braki. Czasami miałam wrażenie, że autorka po prostu chciała poruszyć wiele problemów zamiast skupić się na powiedzmy trzech i je rozwinąć. Film zaś przez ich ucięcie wydał mi się bardziej dokładny, nie przynudzał tak jak to było w przypadku książki no i ciekawiej go się mi oglądało. Obie historie jednak zasługują na zapoznanie się z nimi.

3. Love, Rosie
(reż. Christian Ditter)
Akurat z tym filmem sprawa wygląda podobnie jak w Zostań, jeśli kochasz. Tutaj jednak film był nawet całkiem dobry i mimo dość sporych pominiętych wątków z książki oglądało mi się go nawet ciekawie. Był na tyle dobry, że zdecydowałam się go obejrzeć nawet drugi raz. I mimo tych braków podobał mi się bardziej książki, która nie dość, że ciągnęła się jak jakaś nie rozciągliwa guma to i jeszcze była epistolarna (czyli pisana w formie listów itp.). Ja nie przepadam za taką formą opowiadania historii więc męczyłam się podczas czytania. Przyznam jednak, że obie historie - ta w filmie i ta w książce były całkiem zabawne.

4. Niezgodna
(reż. Neil Burger)
Na początku powiem, że jest to jedyny film z tego cyklu? trylogii? (nie potrzebne skreślić) który obejrzałam. Reszty nie mam nawet zamiaru tykać kijem a co dopiero oglądać. Za to książki przeczytałam wszystkie. I powiem wam szczerze, że pierwsza część była jeszcze nawet całkiem okay i nawet dobrze mi się ją czytało. Jedynym problemem był styl pani Roth i to pewnie jest powód przez który film podobał mi się bardziej. Zresztą jakoś lepiej mi się oglądało, potrafił mnie zainteresować w przeciwieństwie do książki. Słyszałam jednak, że pozostałe części filmów są beznadziejne, a ostatnia to już w ogóle ma niewiele wspólnego z książką, więc właśnie dlatego ograniczyłam się tylko do tej pierwszej.

5. Kosogłos 
(reż. Francis Lawrence)
Kosogłosa jako film i książkę lubię mniej więcej jednakowo. Mimo to jednak tą część czytało mi się najgorzej i najdłużej - zapewne ze względu, że dzieje się tu dużo ważnych, bardziej... nie bardzo wiem jak to ująć... politycznych wydarzeń. Kto czytał ten raczej zrozumie o co mi chodzi. Te wydarzenia trwają gdzieś mniej więcej do połowy książki, a może i nawet więcej. Nie pamiętam szczerze mówiąc bo dość dawno czytałam Kosogłosa. Pozostając jednak przy filmie właśnie dlatego podobał mi się bardziej. Zdecydowanie jest łatwiej oglądać te wydarzenia niż o nich czytać. Przynajmniej mi.

***

I tak właśnie prezentuje się moja piątka filmów lepszych od ich pierwowzorów książkowych. Oczywiście byłoby pewnie tego więcej, ale akurat te które tu zamieściłam utkwiły mi najbardziej w pamięci.
Oglądaliście któryś z tych filmów? 
Pozdrawiam i do napisania :)

piątek, 9 marca 2018

Cudowny chłopak




Wzruszająca i jednocześnie przezabawna opowieść o walce dziecka z przeciwnościami losu.


August jest inteligentnym, dowcipnym chłopcem i jego życie wyglądałoby pewnie zupełnie inaczej, gdyby nie jeden zmutowany gen, z powodu którego ma zdeformowaną twarz i, zanim skończył 10 lat, musiał przejść 27 operacji. Do tej pory patrzył na siebie oczami bezwarunkowo kochających go rodziców i siostry. Teraz, gdy idzie do szkoły – od razu do piątej klasy – przyjdzie mu się zmierzyć ze światem rówieśników i starszych uczniów, z ostracyzmem, uprzedzeniami, a czasem ze zwykłym chamstwem i podłością. Spotka się jednak również z dobrocią, przyjaźnią i wspaniałomyślnością. Kontakt z rówieśnikami odmieni Augusta. Ale czy tylko jego?


Wypełnianie moich czytelniczych planów na ten rok idzie mi całkiem nieźle - przynajmniej tak myślę - ponieważ jest to już druga książka z tej listy, którą udało mi się przeczytać. Zobaczymy jak będzie z resztą :)

Niestety przed przeczytaniem tej książki obejrzałam film. Nawet dwa razy - raz w domu, a raz na lekcji w szkole. Film niby nic specjalnego ,ale mi się całkiem podobał. Piszę jednak niestety gdyż zepsuł on dla mnie trochę książkę. I chyba nawet podobał mi się trochę bardziej niż ona. No, ale to nie jest post o filmie tylko o książce.

Na samym początku muszę pochwalić autorkę za to, że w jej książce były krótkie rozdziały. Pewnie dla niektórych nie ma znaczenia ilość stron, ale jeżeli ktoś tak jak ja musi zawsze skończyć rozdział, to taki dwu, trzy albo cztero stronicowy jest wybawieniem. No i poza tym szybciej czyta się wtedy książkę. Niestety przez to czasami miałam odczucie, że niektóre wątki/sceny były zbyt słabo rozpisane i były trochę jako taki zapychacz. No i to trochę mi przeszkadzało, bo osobiście preferuję gdy jednak są one bardziej rozwinięte. Przez to też czasami, mimo iż rozdziały były krótkie podczas czytania się nudziłam i przyznam szczerze, że nie skupiałam uwagi na tekście.

Jeżeli chodzi zaś o sam styl to osobiście uważam, że autorka całkiem nieźle wpasowała się w wiek głównego bohatera. Nie pamiętam dokładnie ile on miał lat w książce, ale jednak czytając dało się wyczuć, że jest to książka opowiedziana z perspektywy kilku lub kilkunastoletniego chłopca. Pragnę też zwrócić uwagę na to, że sama historia jest nie tylko przedstawiona z perspektywy Auggiego lecz także innych bohaterów przewijających się na kartkach książki co moim zdaniem było ciekawym rozwiązaniem. I tak naprawdę jedyną rzeczą, która tak mnie mocniej zirytowała była stereotypowość w pewnych sytuacjach.

Co do bohaterów. Moją najulubieńszą postacią była siostra Auggiego, Olivia. Bardzo podobało mi się, że autorka zdecydowała się napisać trochę rozdziałów z jej perspektywy. Mało się pisze o rodzeństwie osób niepełnosprawnych czy na coś chorych bądź po prostu takich jak główny bohater, a szkoda bo moim zdaniem ciekawe jest jak oni sobie radzą z sytuacją w jakiej się znaleźli. Osobiście usunęłabym jednak kilka rozdziałów z perspektywy innych bohaterów. Jak dla mnie były one zbędne.
Wspominałam wcześniej, że przeszkadzała mi stereotypowość w tej książce. Ma ona właśnie związek z bohaterami, bowiem pojawia się tu dość standardowy motyw gnębienia w szkole. Ja wiem, że duża część młodzieży i dzieci tak robi, ale wiem też, że nie zawsze  też tak się oni zachowują. 
Przyznam też, że nie znielubiłam żadnego bohatera. w filmie jakoś było łatwiej to zrobić, ale w książce jakoś tak nie mogłam poczuć do nich nienawiści i innych pokrewnych uczuć. 

Podsumowując:
Cudowny chłopak to całkiem przyjemna książka. Myślę jednak, że jest to bardziej taka książka żeby przeczytać ją np. na wakacjach bo mimo tematu jaki podejmuje jest napisana raczej dość lekko. Przyznam też, że film podobał mi się trochę bardziej od niej, ale o tym już chyba wspominałam. Do samej książki raczej już nie będę wracać.

7/10